Zdrowo!

Pogubiłam się w tym moim pisaniu blogowym. Jakiś czas temu założyłam sobie, że będzie inspirująco, że będzie motywująco, że będzie zdrowo i bardziej ekologicznie i bez faszyzmu. A jest, jak jest, bo w pewnym momencie nagonka na ludzi chcących żyć zdrowo stała się nie do wytrzymania, a łatka "eko matki" zaczęła mnie przerażać.

Dlaczego? Bo coś, co w założeniu jest dobre nagle nabrało mocno pejoratywnego wydźwięku. Zamknęłam więc ten mój malutki światek w naszych 4 ścianach...

Zastanawiam się dlaczego właśnie ci, którzy uświadamiają się cały czas w zakresie żywienia czy samoleczenia są traktowani jako ludzie nawiedzeni, oszołomy, szamani, niespełna rozumu a co gorsza - jako zagrożenie dla reszty... Nie do końca zgodzę się z tym, że sami oni sobie winni, bo choć zawsze znajdą się jacyś ortodoksi, swoje racje wynoszący na piedestały, to wydaje mi się, że nie w tym problem. 
 
Wiele razy spotkałam się z opinią, że przesadzam. Ale chwila, moment... Z czym? Z tym, że chcę by moja rodzina była zdrowa? Odnoszę wrażenie, że problem leży nie w moim "dziwactwie", a w kompleksach innych. Tak, w kompleksach! Na punkcie własnej niewiedzy. Łatwiej bowiem wyśmiać czyjąś postawę niż zaczerpnąć wiedzy. Bo może się okazać, że choć w dobrej wierze, to źle robimy...

Większość z nas żyje w ułudzie, że żyje zdrowo. Też tak myslałam, ale w miarę poszerzania swoich horyzontów zaczęłam dostrzegać jak bardzo się myliłam. Tak, mam zamiar jeszcze bardziej wziąć pod lupę nasze żywienie i nie ma to nic wspólnego z modą. Wracam zatem na swoją drogę i o tym chcę Wam pisać. Bo bycie "eko" to coś więcej niż kupowanie warzyw na eko bazarku, to coś więcej niż pieluchy wielorazowe. Bo, żeby żyć bardziej ekologicznie nie trzeba od razu wyprowadzać się na bezludną wyspę czy do eko wioski ani rezygnować z wszystkich wygód tego świata. Chcę Wam pokazać, że nie trzeba zmieniać się od razu w jaskiniowca czego, mam wrażenie, często oczekuje się od "eko rodziców"... 

To naprawdę nie wymaga wielkich nakładów ani finansowych ani energetycznych. Wystarczy odrobina dobrej woli, zmiana nastawienia, trochę wiedzy, a przede wszystkim luzu i przystopowania z konsumpcjonizmem;)










Czym dla mnie jest ekologiczne rodzicielstwo czy zdrowe życie (dla mnie to to samo)? 

To przede wszystkim życie w poszanowaniu natury, na tyle na ile to możliwe. To czerpanie z jej dobrodziejstw. Unikanie zbędnej chemii w żywieniu, kosmetykach, lekach i innych. To zasada jeśli możesz coś zrobić, nie kupuj, którą stosuję głównie w żywieniu rodziny. To także ograniczanie konsumpcjonizmu, bo dziecko nie potrzebuje tony zabawek (co widać na powyższych zdjęciach), a ja nie potrzebuję tony kosmetyków, no i nikt z nas nie będzie bardziej szczęśliwy tylko dlatego, że nosimy markowe ciuchy (co nie oznacza, że czasem kupujemy). To umiejętność wsłuchania się w swoje ciało i reagowanie na jego potrzeby, to naturalna pielęgnacja, a w końcu dążenie do harmonii, do wewnętrznego spokoju i życia w zgodzie ze sobą. Wymieniać można by w nieskończoność...

Dlaczego czasem robimy odstępstwa? Bo życie jest za krótkie żeby być aż tak drobiazgowym, bo to pozwala zachować harmonię i wewnętrzny spokój, a to z kolei dobre zdrowie;) 

Ciekawa jestem Waszych skojarzeń:)

Wyprawka niemowlęca handmade?

Zawsze mi się podobały własnoręcznie wykonane akcesoria i ozdoby do pokoju dziecięcego. Jak tylko zaszłam w ciążę pojawiły się pierwsze plany co do potencjalnych wytworów moich rąk. W końcu maszynę już miałam, podstawę robienia na drutach też. 

I dupa blada! Bo przez większą część ciąży robienie czegokolwiek bardziej kreatywnego niż wstawanie z łóżka graniczyło z cudem. Potem przyszło nam do głowy odpieluchowanie Hani, które zamieniło się w istny koszmar, przeprowadzka i cała masa innych demotywatorów, z czego nadal i tak najmocniejszym było moje podłe samopoczucie.

Nie uda mi się zrealizować części z zamierzonych planów ze względów czysto ekonomicznych. Szycie cudownego skądinąd spowijaka  upatrzonych materiałów wychodziło zbyt drogo jak na coś co używane będzie tylko w pierwszym okresie życia Bąbla...

Nie mniej jednak postanowione zostało, że co jak co, ale ODBIJACZKI muszę uszyć. Bo są ładne, łatwe, praktyczne... Żałuję, że przy Hani miałam tylko tetrę, bo ulewało się jej do tego stopnia, że notorycznie chodziłam mokra i śmierdząca... Nic przyjemnego.

Wzorów na odbijaczki w sieci jest pełno, mnie urzekły te, choć musiałam odrobinę je wydłużyć.






Do wykonania odbiaczków potrzebujecie flaneli i chłonnego materiału na podbicie. Możecie je zrobić tak tanio lub tak drogo jak chcecie:) Na amerykańskich blogach widziałam wersję z minky;)  Ja użyłam flaneli upolowanej kiedyś w Tesco (jedyna ładna) oraz flaneli Roberta Kaufmana z serii Urban Zoology i starych ręczników. Koszt tkaniny nie jest duży, bo z jednej tłustej ćwiartki wychodzą dwa odbijaczki. 




Dla tych, którzy mają problemy z językiem angielskim:

1. Drukujemy wzór odbijaczków w skali 100%, wycinamy szablon oraz przedłużenie (prostokąt widoczny w środku) i sklejamy je =>  jak dla mnie odbijaczek byłby zbyt krótki, zatem moja środkowa część składa się z trzech odbitych prostokątów.

2. Nanosimy wzór na materiał wierzchni (flanela) i wycinamy z zachowaniem ok. 0,5 cm zakładki na szew.

3. Wycięty z flaneli odbijaczek przykładamy prawą stroną np. do starego ręcznika, spinamy szpilkami i wycinamy wzór.

4. Wierzch i spód odbijaczka muszą się stykać prawymi stronami.

5. Zszywamy całość zachowując ok 0,5 cm zapasu oraz dziurę na przełożenie odbijaczka na prawą stronę. Powinno to być ok 5 cm pośrodku najdłuższego boku odbijaczka.

6. Zszywamy dziurę po przełożeniu na prawą stronę.












Ja do swoich odbijaczków w miejscu przekładania dodałam wstążeczki żeby Bąblowi umilić czas odbijania ;) W planach jest jeszcze kocyk i cała masa innych rzeczy, bowiem MASZYNA RUSZYŁA ;)
A kocyk będzie taki:





I co powiecie? ;)


Jak przygotować dziecko na przybycie rodzeństwa?

Do terminu został nam miesiąc i parę dni i choć na przybycie Bąbla przygotowujemy się wszyscy od samego początku, to co raz częściej moją głowę zaprzątają myśli związane z tym jak Ona to przyjmie, jak to przeżyje i jak przetrawi. 

Dużo rozmawiamy. Tłumaczymy, że wiele się zmieni, że nie od razu będzie mogła bawić się z bratem, że ja będę potrzebna także i jemu, ale że Ona nadal tak samo będzie kochana i potrzebna nam. A potem także i bratu. Bo ktoś będzie musiał nauczyć go jak się bawić, jak chodzić, jak traktować koty, jak siusiać na nocnik i wielu innych rzeczy...

Czytamy książki, które powinny rodzicom pomagać w takich chwilach. I tu pojawia się problem, bo choć z jednej strony książka to dobra podstawa do rozmowy, to z drugiej czasem treści w nich zawarte mnie dobijają... Schemat większości jest taki sam. Pojawia się dziecko, a wraz z nim negatywne emocje, z którymi mały bohater musi sobie radzić. I wszystko to jest prawdą i jest jak najbardziej ludzkie. I trudno oczekiwać od dziecka że przejdzie nad tym do porządku dziennego. Ot tak. Po prostu... 

Nie bazujemy na książkach, bo nie chcemy żeby Hania zaprogramowała sobie, że to musi tak wyglądać. Że najpierw pojawia się niechęć, czy wręcz nienawiść do nowo narodzonego rodzeństwa i że to ona musi się z tymi uczuciami sama uporać. Oczywiście, że zostawiamy miejsce dla negatywnych emocji i liczymy się z tym, że mogą się pojawić bez względu na to, co zrobimy, ale nie chcemy jej pokazywać, że tak musi być. Dużo rozmawiamy o emocjach w nadziei, że za niedługo będzie potrafiła przyjść do nas i powiedzieć "Jest mi przykro bo nie masz dla mnie czasu" tak jak teraz przychodzi i mówi "Byłam smutna i płakałam bo zaginęłaś" kiedy budzi się sama w swoim łóżku.Wierzę, że kluczem do sukcesu jest rozmowa, słuchanie tego, co mówi dziecko i baczne obserwowanie wysyłanych między słowami komunikatów. 

Odkąd zaszłam w ciążę najczęstszym pytaniem (pomijając pytania o imię i preferencje co do płci) było pytanie o to co z karmieniem. Miałam piękny plan karmić Hanię całą ciążę, a potem kontynuować w tandemie. Wyszło inaczej. Odstawienie od piersi nie było łatwe, ale nie było też dramatem. Nie chciałam zamykać tej furtki i dlatego Hania wie, że choć teraz mleka nie ma, to ono wróci po porodzie brata. Wie, że dla niego to mleko będzie ważniejsze, wie też, że jeśli będzie chciała będzie mogła napić się mleka albo z piersi, albo z kubka. Jak tylko będzie jej wygodniej. Chcę żeby to była jej decyzja i nie mam zamiaru odbierać jej czegoś, co do tej pory jest dla niej ważne. Bo, choć od odstawienia minęło dobrych kilka miesięcy, to Hankowe umiłowanie do moich piersi i mleka wcale nie zmalało, a każda wspólna kąpiel albo przebieranie wiąże się z rytuałem głaskania, całowania piersi oraz "przekazaniu" ich bratu, stwierdzeniem "podzielę się z bratem".

Doszłam też do wniosku, że zaangażujemy Hanię w przygotowania na tyle, na ile się da, a przede wszystkim wspólnie przygotujemy prezent dla Brata, który Hania będzie mogła wręczyć Bąblowi po jego narodzinach. Dla niej samej przygotowujemy (choć głównie ja w końcu mogąc wyżyć się na maszynie) niespodziankę od Bąbla, która będzie zawierała coś praktycznego i coś pamiątkowego. Tak sobie myślę, że to musi być strasznie miłe, wyjąć po latach z małej szkatułki lekko tandetne nawet świecidełko z napisem "The Best Big Sister Ever" i przypomnieć sobie wszystkie razy kiedy się z Bratem broiło albo włosy rwało o jakąś głupotę... 

Choć Ona ma ledwo 2 i pół roku, to jej mądrość mnie zdumiewa. Czasem bardziej boję się o siebie niż o nią. Wierzę, że ona da radę. Obyśmy i my dali!



No i co z tym pokojem?

A w zasadzie z pokojami, bo do urządzenia mam przynajmniej dwa. I o ile pokój Bąbla nie stanowi problemu, bo koncepcja jest i w dodatku dość mocno się trzyma, tak z pokojem Hani grzęznę... Na razie stoi odłogiem czekając na przylot moich rodziców. W końcu co 4 głowy to nie jedna. Zdecydowanie lepiej idzie mi wygrzebywanie chłopięcych gadżetów i dodatków niż dziewczęcych...

Pomysł na pokój Najmłodszego też nie pojawił się od razu, bo wszystko o czym myślałam w końcowym rozliczeniu wydawało mi się oklepane, mdłe, nijakie... A tu babcia ponagla, że przecież miała mobilek nad łóżeczko szyć, że czasu mało, a ja nie wiem co chcę... Wygooglała mobilki i kazała coś znaleźć... No i znalazłam!

Pomysłu na mobilek jeszcze nie zdradzam, tak jak i najciekawszych koncepcji, które pewnie będą się tworzyły jeszcze dłuuuugo, ale nie raz pisałam Wam, że kocham angielskie Charity Shops? Pojechaliśy ostatnio do jednego takiego, na drugi koniec miasta i znaleźliśmy parę cudów, które pokojowi Bąbla nadadzą uroku :)  (W tym drewniany, ręcznie robiony samolot za... 3 funty)

Może oglądając odgadniecie tematykę Bąblowego pokoju:)





















Kolejka co prawda została wybrana bardziej z myślą o Starszej Siostrze, bo przecież niebawem czeka nas nauka alfabetu;) Ale i Bąbel będzie miał z niej użytek, jak tylko dokupimy brakujące C... Big Sis dostała jeszcze taką karuzelę. Pomysł genialny w swojej prostocie, wystarczy bowiem pchnąć palcem któreś zwierzątko by wprawić karuzelę w ruch!






Na koniec najważniejsza wskazówka zakupiona w księgarni. Ostatnia na mnie czekała! I choć nie jest aktualna (nawet nie podają z którego roku), do Polski należy jeszcze Wilno, a część Pomorza do Niemiec, to mapa jest cudna. I chwilowo zda egzamin:)




Tym, którzy jeszcze nie domyślili się motywu przewodniego podpowiadam, że nie będzie to pokój przyszłego historyka ;) Głównym motywem będą podróże:)


I co myślicie?


Jak przygotować się do porodu?

To pytanie nurtuje chyba każdą kobietę w ciąży, a zwłaszcza te, które mają przed sobą pierwszy poród. Problem w tym, że w większości przypadków dotyczy ono rzeczy, które należy ze sobą zabrać do szpitala. I na tym się kończy...
Niestety większość  z nas poprzez zbytnią medykalizację ciąży i porodu, a także zbytnie zaufanie lekarzom, zatraciła pierwotne instynkty. A przecież nawet najlepsi lekarze i położne nie gwarantują dobrego, spokojnego ( a co za tym idzie bezpiecznego) porodu. To nie oni rodzą, oni "odbierają" dziecko. To nasze zadanie. Poród jest porównywany do maratonu. Czy któraś z Was pobiegłaby w maratonie bez przygotowania?
Ja pobiegłam raz. Jedyne co wiedziałam, to że będę biegła, że będzie bolało i że będą 3 fazy. Nie polecam... Co zatem kobieta może i powinna zrobić by ułatwić poród sobie i dziecku?
Przede wszystkim POSZERZAĆ SWOJĄ WIEDZĘ na temat ciąży, porodu, pozycji przy porodzie, swoich praw w trakcie i po porodzie i wielu, wielu innych rzeczy. Bo to nasz obowiązek... Wiele porodów byłoby o wiele łatwiejszych gdyby kobiety zamiast polegać na personelu szpitala ( który niestety często jest niedoedukowany lub najzwyczajniej w świecie dba o interes własny, nie rodzącej), wiedziały jak sobie pomóc.
Dobijam 9 miesiąca. Czytam i im więcej czytam, tym bardziej uświadamiam sobie jak niewiele wiem, że liznęłam jedynie wierzchołka góry lodowej. Ale wiem też, że gdybym przy porodzie z Hanią miała choć taką wiedzę, to byłoby inaczej... Może nie musiałaby mieć łamanej ręki i siłą być wypychana....
W zasadzie powyższa rada jest jedną i jedyną, której powinny się trzymać przyszłe mamy. Tymczasem przyszłe mamy w małym palcu mają najnowsze kolekcje wózków, mebelków i ubranek...
No dobrze, ale skąd czerpać tajemną wiedzę?
Od razu mówię: wywalcie kompendia wiedzy dla ciężarnych w kosz. Czasopisma ze sklepowych półek również. Szkoda czasu i pieniędzy. Jest wiele książek, opracowań, stron internetowych oraz blogów, które niosą rzetelny przekaz. Poniżej dzielę się swoją listą, mam nadzieję, że moi drodzy czytelnicy w komentarzach dorzucą swoje 3 grosze:)
1. The Gentle Birth Method by Gowri Motha
 Żałuję, że nie była to pierwsza książka o ciąży i przygotowaniach do porodu jaką kupiłam. Zawiera wszystko, co kobieta powinna wiedzieć. Począwszy od diety (tu ciekawostka - kobiety będące na diecie bezglutenowej (w dużym uproszczeniu) mają łatwiejsze porody) kończąc na technikach relaksacyjnych. Niestety książka wydana tylko w języku angielskim i pewnie w Polsce mało dostępna, ale warto poszukać na Amazonie lub e bayu opcji z wysyłką do Polski. Można też ograniczyć się do informacji zawartych na portalu.


2. Poród naturalny Iny May Gaskin

Niestety nie czytałam, choć jest na mojej liście. Choćbym chciała- nie dam rady przeczytać wszystkiego. Nie mniej jednak w sieci można znaleźć całą masę wywiadów z Iną May, które są równie pomocne i bardzo otwierają oczy na to, co się dzieje w położnictwie, a co powinno się dziać.


Polecam obejrzenie filmów:
Porodowy biznes
Birth Story


3. Narodziny bez przemocy Fredericka Laboyer




Pisana ciepłym językiem książka, pozwalająca spojrzeć na poród oczami rodzącego się dziecka. Wzruszającą i motywująca do poszerzania wiedzy. Tą książkę powinna przeczytać każda kobieta przed porodem.  Bo, choć dla wielu z nas fakt przecinania pępowiny po jej wytętnieniu jest oczywisty, to lektura różnych forów i grup tematycznych pokazuje, że mimo jasnych zaleceń w wielu szpitalach pępowinę przecina się od razu. Nie wszystkie szpitale dbają też o przyjazną matce i dziecku atmosferę, dlatego warto przeczytać tą książkę i walczyć o swoje prawa. Dla siebie i dla dziecka.






 4. Spinning Babies
 
To cudowny portal, z którego dowiecie się wszystkiego na temat optymalnej pozycji fetalnej, o tym jak za pomocą pozycji w których odpoczywamy w ciąży możemy ułatwić lub utrudnić sobie poród, o ćwiczeniach pomagających dziecku zejść do kanału i zająć pozycję optymalną, o ćwiczeniach ułatwiających poród, a nawet nauczycie się samodzielnie określać ułożenie dziecka!

5. Hypnobirthig, The Mongan Method




Pozycja szczególnie dla tych, którzy chcą doświadczyć czegoś nowego i na stawiają się na poród w 100% naturalny. Moje przygotowania do hipnoporodu nie idą niestety najlepiej. Wymagająca dwu i pół latka w fazie buntu, na etapie odpieluchowania oraz przeprowadzka i ogarnianie spraw powiązanych ograniczyły mój czas na ćwiczenia. Obecnie jestem na etapie, na którym bez nagrania z płyty ani rusz. Ale jedno mogę Wam z ręką na sercu powiedzieć - TO DZIAŁA! 
Niestety pozycja również w języku angielskim i dostępna przez Amazon lub e bay.


Pozycja bardzo podobna do powyższej. Również przez Amazon lub e-bay.

Opisane techniki wprowadzają w stan głębokiego relaksu, dzięki któremu ból odczuwany jest w mniejszym stopniu lub prawie w ogóle. Obie metody pozwalają na wyzbycie się stresu przed porodem oraz leczą traumę doznaną w poprzednich porodach. Wiedza o tym, jak lęk i stres wpływają na przebieg porodu może się okazać kluczowa dla następnych porodów.









7. Home Birth: a practicl guide


Dla zainteresowanych porodem w domu i nie tylko. Książka rozwiewa wszelkie możliwości pokazując, że poród w domu NIE JEST ryzykowaniem życia swojego dziecka ani własnego, ani też wymysłem. Można się też dowiedzieć, że wyśmiewane przez Polki pomiary brzucha dają lepsze wyniki w przypadku dzieci słabo rozwijających się niż USG... 

 Również w j. angielskim. Dostępna na Amazonie i e bay.









To już chyba wszystkie najważniejsze źródła mojej wiedzy. Jeśli znacie inne pozycje godne polecenia, koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach! Jeśli macie wokół siebie kobiety przygotowujące się do porodu prześlijcie link do tego artykułu, a także do TEGO i TEGO.


Feels like home

Feels like home...

Dokładnie takie były nasze pierwsze odczucia po przeprowadzeniu się do nowego domu. Nieśmiało pomyślałam, że może za jakiś czas jeśli będzie się nam tu dobrze mieszkało i finanse na to pozwolą to porozmawiamy z właścicielami o odkupieniu domu. Jak się okazało chwilę później Ślubny miał takie same myśli. 

Ten dom ma coś, co nas urzekło, choć chyba jeszcze nie wiemy co. Mimo paru usterek, wynikających głównie z różnic w standardach między budownictwem polskim i angielskim, to ten dom nas oczarował. Ma potencjał, którego nie widać na zdjęciach, zwłaszcza na fragmentarycznych ujęciach, ale moim zamiarem nie jest pokazywanie każdego skrawka naszego życia ;) Coś musi zostać dla nas:)










Kiedy 10 lat temu opuszczałam dom rodzinny jadąc do Anglii po raz pierwszy jako Au Pair, dostałam od mamy małe zawiniątko. Ręcznie haftowana serwetka, a w niej piętka chleba. I to zawiniątko towarzyszy mi od 10 lat, w każdym mieszkaniu i domu w jakim przyszło mi mieszkać. Jest i tu. Tylko wstążka się zmieniła... A chleb? Po 10 latach trzyma się nieźle i pachnie czerstwym pieczywem...




Mimo tego, że część ścian stoi jeszcze pusta, w dodatku w każdym pokoju króluje nieśmiertelna Magnolia Mat Finish od Duluxa (po niespełna roku mam dosyć tego koloru...) to powolutku nasz nowy dom zaczyna przypominać mój wymarzony. Choć zdaję sobie sprawę, że dopóki nie będzie nasz (o ile w ogóle kiedyś) to nigdy takim nie będzie. Nie mniej jednak, chcę być jak najbliżej tego wymarzonego:) Zwłaszcza, że nawet koty czują się tu wyjątkowo dobrze. Figa wspaniale się otworzyła, nawet zaczęła wychodzić z domu...










Tablica znalazła swoje miejsce:) Tutaj pasuje idealnie!







 





Motyw serca może i jest oklepany, ale za to jaki wdzięczny! Dlatego też do stworzenia własnych stoperów wybrałam właśnie serce:) Powstały dwa identyczne. Jeden "trzyma" drzwi w jadalni, drugi w naszej sypialni.




Ogród, w którym ogrom pracy nas czeka. Jestem w siódmym niebie, bo prócz miłego zakątka, w sam raz na poranną lub popołudniową kawę mamy też miejsce na grządki z warzywami:) W zasadzie ze spokojem zmieściłabym w nim szklarenkę. Może kiedyś....




W całym mieszkaniu są dwa pomieszczenia spędzające sen z moich powiek. Pokój Hani i nasza sypialnia. Z pokojem Hani utknęłam w martwym punkcie, a nasza sypialnia znów musi poczekać. Może to i nawet lepiej? Poczeka spokojnie na moją wenę to jest szansa, że będzie przytulna;) (Jak się z niej dzieci wyprowadzą...) Póki co, na głowie mam inne rzeczy...




19 września zbliża się wielkimi krokami, torba do porodu prawie spakowana, bo bez względu na to czy poród domowy się uda, czy nie, muszę być gotowa na transfer. Ubranka wyprane i wyprasowane czekają w gotowości, wizja pokoju Bąbla się przejaśnia i tylko wybór imienia spędza nam sen z powiek... to u nas nie pierwszyzna. Niestety po dzisiejszym dniu i przedostatniej wizycie u położnej nie tylko kwestia imienia plącze mi się po głowie. Jeśli myślicie, że tylko w Polsce personel medyczny jest / bywa niedoedukowany i próbuje zastraszać pacjentów to wiedzcie, że tutaj bywa podobnie. Ale o tym może innym razem...





Co nowego?

Przeprowadziliśmy się i to w zasadzie tłumaczy moją kolejną długą nieobecność na blogu, który chyba już nawet nie zipie resztkami sił. Ale dziękuję i doceniam, że ktoś jednak zagląda mimo mojego milczenia. 

Ta przeprowadzka wykończyła mnie zarówno fizycznie jak i psychicznie i mimo ogromnej radości nie miałam ani siły, ani ochoty na nic. Zaawansowana ciąża, upały, dom zawalony kartonami, walizkami i workami, 2,5 latka przeżywająca zmianę domu i brak czasu rodziców, wpadająca w tantrumy po kilka razy dziennie, Ślubny w pracy oraz zbliżający się przylot gości to całkiem sporo jak na jedną parę rąk. Nie wspominając o ogrodzie, którego wielkość i stan zaniedbania przyprawiły nas o zawrót głowy. Ale daliśmy radę... :)

9 lipca rozpakowaliśmy ostatnie walizki, następnego dnia zostało nam generalne sprzątanie by po południu dom pachniał czystością i był gotów na powitanie rodziców Ślubnego. Po ich wyjeździe niemalże od razu przyjechała druga tura gości, a we wrześniu przylatują moi rodzice. Jednym słowem dzieje się. A jak się dzieje wywnioskujecie po zdjęciach :)



Zaliczyliśmy wizytę w jednym z największych Wildlife Parks w UK, jak sami o sobie piszą. Obiekt jest w trakcie rozbudowy, a w tym roku dołączyć mają także niedźwiedzie polarne! Dobrze, że mamy rzut beretem i podmiejskim autobusem możemy dojechać:)




Znajomi widzieli na własne oczy takiego złodzieja;)




To co nas urzekło to to, że zwierzęta nie siedzą w klatkach, a mają spore wybiegi z czego najbardziej korzystają dzieci:) Nie codziennie przecież można pogłaskać kangura. Bardziej niebezpieczne zwierzęta ogląda się z bezpieczniejszej odległości;) Możecie więc zapomnieć o pogłaskaniu lwa;)




Dalej na liście - wybrzeże:)
 





Podczas odpływu można zbierać muszle do woli i jest ich cała masa:) Można też znaleźć szczątki kraba:) Nasze znaleziska czekają na swoje miejsce w łazience:)
 








Przejażdżka na ośle była absolutnym hitem:) 
 



London trip w jeden dzień. Hardcore, którego nikomu nie polecam:) 12 godzin zwiedzania Londynu po to, by zaliczyć tylko część najważniejszych atrakcji. Po kilku godzinach nie chciało mi się już robić zdjęć... Daliśmy radę;)



 W tym miejscu kolejka nie maleje aż do godzin późno wieczornych:)












 



Pobliskie Sheffield odwiedziliśmy już na większym luzie, ale też niewiele zobaczyliśmy;)







 Zaintrygowani, pojechaliśmy zobaczyć m.in Ogród zimowy. Świetne miejsce na spacer, ale niekoniecznie jako cel wycieczki;)  Niestety ogranicza nas brak samochodu...




 Jak widać na załączonym obrazku, angielskie matki są wyluzowane:) Upału nie było tego dnia, czasem trzeba było założyć jakieś okrycie:) Ja z tych, co nie przesadzają, ale momentami sama się zastanawiałam czy Hani zbyt lekko nie ubrałam. Dodam, że woda w fontannach ciepła nie leci ;)










Sklep zielarski, który istnieje od 1959 roku. Cudowny klimat:)))







Lato nas rozpieszcza, w ciągu ostatnich paru dni modliłam się o chwilę deszczu, śpiącą Hankę, zero bóli ( od 3 tygodni miewam dość mocne bóle skurczowe), kawę i chwilę TYLKO dla siebie. Wymodliłam w końcu :) Jest mi dobrze. Jest mi cholernie dobrze :) Następnym razem (oby nie za miesiąc) uraczę Was paroma ujęciami z nowego domu. Tymczasem pędzę prasować ubranka. To już najwyższy czas by przygotowywać rzeczy dla Bąbla...




AddThis