Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty

Odpuszczam...

Siedzę w kawiarni popijając mrożoną kawę przygotowaną specjalnie dla mnie, bo normalnie nie serwują. Czekam na południe, żeby odebrać Hanię z przedszkola. Mam chwilę dla siebie. Kawa średnia, ale ratuje mi życie, bo podobnie jak przed porodem Hani jedyną rzeczą, która pomagała mi na moje stany fizyczne i psychiczne było coś z kofeiną. W dodatku to coś koniecznie musiało być zimne. Nijak ma się to do zdrowego odżywiania w ciąży, ale dla mojej równowagi psychicznej ma olbrzymie znaczenie.

Doszłam bowiem do momentu, w którym dalsze przygotowania do wymarzonego porodu, choć nadal ważne i niedokończone tak, jakbym tego chciała, nie przynoszą ani radości ani spokoju.

Wiem ile zrobiłam, wiem jaką drogę przeszłam, teraz czas odpuścić... Wrzucić na luz, choć teraz o to ciężko i cieszyć się ostatnimi, na jakiś czas, chwilami spokoju. Nie mam całkowitego wpływu na przebieg porodu. Mimo moich przygotowań może być różnie. Jestem tego świadoma i dlatego też przygotowana na wyjazd do szpitala. Zostało nam jeszcze przetestować basen i odbębnić czwartkowe USG, które w jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób da mi jakieś absurdalne poczucie bezpieczeństwa...










































Nie lubię publicznego dziękowania tym, którym podziękować mogę osobiście, ale wiecie co? Należą się mu! I podziękowania, podziw i wdzięczność. Za to, że ogarniasz jak ja nie ogarniam, za cierpliwość dla moich nerwów, za opanowanie w sytuacjach, w których jestem bliska załamaniu, za wsparcie w tych ostatnich dniach, za pomalowaną ścianę i za tą cholerną przejściówkę do kranu, dzięki której będziesz mógł napełnić basen... Dziękuję Kochanie:*


37 tydzień za nami

W piątek ukończyliśmy z Bąblem 37 tydzień ciąży. To oznacza, że jeśli wybrał by się na świat już teraz, to mogę śmiało rodzić w domu. Tyle, że zawarliśmy umowę. Ma nie wychodzić z brzucha przed późnym wieczorem 14 września i nie później niż 19 września;) Trochę jednostronna ta umowa, ale cóż... Zobaczymy czy się posłucha:)

Chyba jesteśmy gotowi, choć jeszcze nie mamy najważniejszej rzeczy... Basenu. No i imienia... Kto śledzi fejsbukowy fanpage, ten wie, że mamy dwa typy. Decyzja chyba zapadnie po porodzie;)

Ja muszę jeszcze dokończyć kompletowanie prezentów od Bąbla dla Hani i od Hani dla Bąbla, dokupić ogony wołowe na mój Rosół Mocy, co bym się miała czym posilić po porodzie no i zacząć masaże. Tego ostatniego jednak trochę się obawiam... Nie chcę przyspieszyć akcji, w końcu a deal is a deal;)

Zdjęcia brzucha brak, choć powiem szczerze - ładny jest;) Tak ładnego brzucha przy Hani nie miałam. A zdjęcia brak bo selfie wychodzą mi baaardzo kiepsko, Ślubny w pracy, a poza tym on nie ma ani cierpliwości ani, jak twierdzi, ręki... Za to podzielę się z Wami naszym pomysłem na to, co fajnego można dla Bąbla mającego przyjść na świat wyczarować:)

Rodzeństwo przy porodzie?

Kiedy zaszłam w drugą ciążę nawet nie myślałam o tym, że Hania mogłaby uczestniczyć w porodzie. Zaczęliśmy się zastanawiać ze Ślubnym jak tutaj rozwiążemy problem opieki dla Hani, ale jak to zwykle bywa w takich momentach, sytuacja powoli zaczęła klarować się sama. Gdzieś pomiędzy wspomnieniami pierwszego porodu, a szukaniem informacji o ciąży i porodach w Anglii przyszłą myśl o porodzie domowym. Ale nawet wtedy przez myśl mi jeszcze nie przeszło, że Hania miałaby zostać z nami... Do czasu w którym, podczas wertowania stron poświęconych porodom domowym trafiłam na filmy z tychże, a tam obok rodziców i położnych - dzieci. W różnym wieku. Od dwuletnich brzdąców po nastolatki...


Plan Porodu. Warto!

W ciąży z Hanią nikt mnie nie pytał o żaden plan porodu. To też nie pisałam, bo i po co? Opłaconej położnej nie miałam, poród rodzinny z różnych względów został w sferze marzeń, no i polska rzeczywistość....



Jakoś tak odgórnie założyłam, że plany porodu mogą sobie pisać kobiety rodzące w większych miastach, bardziej "cywilizowanych". Kieleckie porodówki jawiły mi się jako taśmociągi na halach produkcyjnych. Kto by się tam jakimś planem porodu przejmował...

Czy były to trafne podejrzenia nie wiem. Z mojego otoczenia chyba żadna kobieta nie pisała planu porodu. A to błąd...

Dlaczego? Bo skoro NFZ daje taką możliwość, to trzeba korzystać i nauczyć naszą szanowną służbę zdrowia, że KOBIETA RODZĄCA MA PRAWA! A przede wszystkim PRAWO WYBORU i prawo do DOBREGO PORODU. Jeśli my same nie zaczniemy wymagać od służby zdrowia, nic się nie zmieni...



Tym razem rodzę w UK, tym razem napisałam i myślę, że to dobry plan. Założyłam między innymi, że przede wszystkim mój plan porodu jest elastyczny. Bo nie mam stuprocentowej pewności co się wydarzy. Zakładam poród domowy i w wodzie, ale jestem przygotowana na transfer do szpitala. Zakładam poród bez środków znieczulających, ale nie wykluczam użycia gazu czy TENS... Czego jeszcze chcemy?

  • Chcemy porodu niezakłóconego przez niepotrzebne interwencje medyczne (w tym przyśpieszanie porodu)
  • Chcemy porodu w atmosferze spokoju, ciszy, przygaszonego światła.
  • Bez względu na miejsce porodu chcę mieć pełny wybór co do pozycji i wsparcie przy ich wyborze.
  •  W razie wystąpienia dystocji barkowej chcę być niezwłocznie poinformowana oraz w pierwszej kolejności przyjąć pozycję kolanowo - łokciową.
  • Chcemy by pępowina została przecięta po urodzeniu łożyska, w ostateczności po jej wytętnieniu.
  • Nie chcemy by naszemu dziecku podano po narodzeniu zastrzyk z witaminy K bez uprzedniego sprawdzenia poziomu tejże we krwi dziecka (za co zostałam zgłoszona do jakiegoś towarzystwa pediatrycznego... ciekawe czy zadzwonią). Po sprawdzeniu poziomu podejmiemy decyzję co do sposobu podania witaminy.
  • Nie chcemy by dziecko po porodzie było myte, w razie konieczności delikatnie osuszyć twarz.
  • Chcemy by po porodzie, o ile pępowina na to pozwoli, dziecko zostało położone na moim brzuchu. Jeśli pępowina będzie za krótka, czekamy do wytętnienia.
  • Chcemy by Hania była obecna przy porodzie brata o ile tylko sama będzie tego chciała.
  • Chcę być informowana na bieżąco o wszelkich nieprawidłowościach i podejmowanych przez położne czynnościach.
  • W razie porodu szpitalnego chcę mieć dostęp do wszelkich udogodnień oferowanych przez szpital, włączając basen.
  • W razie zaistniałej potrzeby wyrażam zgodę na nacięcie krocza.
  • Poród łożyska również ma być naturalny, jeśli zajdzie konieczność zgadzam się na podanie leków.



To tylko główne założenia planu, ale one dają mi spokój, bo wiem, że jeśli poród będzie przebiegał spokojnie, to one zostaną zrealizowane. Na całą resztę nie mam wpływu. 

Tym razem nie wyobrażam sobie żeby przy porodzie miało zabraknąć męża. Pisałam kiedyś o swoich przemyśleniach o obecności ojców przy porodach (KLIK). Dziś jest inaczej, bo ja jestem bardziej świadoma siebie i swojego ciała. Jestem też świadoma tego, że i On się zmienił, że sam tego chce. A to już zmienia postać rzeczy. Bo wiem, że skoro on jest pewien to ja mogę być spokojna. Najważniejsze, że to jest Jego, nieprzymuszona moją postawą decyzja. 

Chcemy także, co jeszcze nie zostało zawarte w planie, ale omówione z położną, by do zabezpieczenia pępowiny użyto sznureczków zaplecionych przeze mnie. Pamiętam jak panicznie bałam się przewijać i kąpać Hanię do momentu odpadnięcia pępowiny. Wszystkim zajmował się mąż. Tym razem pewnie też by tak było, gdybym przypadkiem nie wpadła na stronę. Bąbel zatem zostanie zasznurowany:) 




Jeśli pytacie o kwestię sterylności to już odpowiadam:) Sznurki nie muszą być sterylne bowiem nie stykają się z raną. Jednak wiele położnych zastrzega, że nie użyją ich dopóki te nie zostaną wygotowane, a następnie przechowywane w plastikowej torebce w zamrażarce, aż do chwili użycia. Tak więc sznureczki czeka gotowanie, a potem spokojne czekanie na TEN dzień:) Podobnie jak i cała reszta rzeczy, choć przygotowania nadal w trakcie;)




A jak było u Was z planami porodów? A może właśnie przymierzacie się do napisania takiego? Mój choć w zasadzie gotowy, to co rusz jest o coś poszerzany:)


Co z tą dystocją?

Czekałam na ten wczorajszy dzień jak na szpilkach. Wczoraj bowiem miało się rozstrzygnąć, czy poród będzie DOMOWY czy raczej szpitalny. I tak wczorajszy dzień i wczorajsza wizyta przeszły do wspomnień, a ja nadal wiem tyle ile wiedziałam. Czyli niewiele...

Przy którymś z poprzednich skanów pani doktor, której bardzo się spieszyło rzuciła tylko, że ze względu na dystocję barkową przy poprzednim porodzie, nie radzi mi rodzić w domu tym razem. Dodała, że ryzyko wzrasta przy dzieciach dużych, dlatego w 38 tygodniu mam mieć skan oceniający wielkość dziecka. 

Problem w tym, że zebrane przez mnie informacje na temat dystocji barkowej (głównie z opracowań dla położnych, więc źródła wiarygodne) wskazują na zupełnie coś innego.

DYSTOCJA BARKOWA - to sytuacja, w której po urodzeniu główki, ramię lub ramiona zostają zaklinowane w miednicy. Sytuację obrazuje poniższy film.




Na wystąpienie dystocji barkowej nie ma się wpływu. To jest 50% na 50%. Albo będzie, albo nie. (Edit: Zdania co do ryzyka wystąpienia dystocji barkowej w kolejnych porodach są mocno podzielone, jednak dystocja w pierwszym porodzie nie oznacza dystocji w następnych). Czasem sprzyjać może budowa miednicy, jednak to są przypadki sporadyczne i z reguły wiadomo od razu, że mogą być problemy przy porodzie naturalnym ze względu na budowę matki. U mnie problemu nie ma...

Procedura postępowania w przypadku dystocji jest taka sama w szpitalu jak i w domu. Z tą różnicą, że położna w szpitalu zwołuje cały oddział więc w razie czego odpowiedzialność nie leży tylko na jej barkach jak w przypadku porodu domowego. 


Szpital sprzyja występowaniu dystocji, bo:

  • w większości przypadków kobiety na starcie otrzymują oksytocynę albo od razu proszą o epidural, co najczęściej skutkuje podaniem sztucznej oksytocyny. Oksytocyna przyśpiesza akcję powodując, że dziecko często nie jest w stanie samo poprawnie ułożyć się w kanale rodnym. Z kolei samo podanie epiduralu powoduje, że poród zostaje zaburzony i zdecydowana większość kobiet ma problemy z "aktywnym" porodem.
  • zdecydowana większość porodów odbywa się w pozycji leżącej, która z fizjologicznego punktu utrudnia poród kobiecie i narodziny dziecku, bowiem kanał rodny w tej pozycji ułożony jest pod złym kątem. Efekt jest taki, że dziecko ma mniej miejsca w kanale, a kobieta musi włożyć znacznie więcej wysiłku w parcie.
  • stres, który znacznie wzrasta w szpitalu potrafi skutecznie przyblokować akcję porodową "wymuszając" na personelu podawanie środków przyspieszających poród - koło się zamyka...

Dystocji barkowej nie można uniknąć, ale można zminimalizować ryzyko jej wystąpienia poprzez:

  • unikanie ingerencji medycznych (oksytocyna, epidural, inne inwazyjne znieczulenia)
  • cierpliwość i nie pośpieszanie dziecka w żaden sposób
  •  aktywny poród - zmiany pozycji w trakcie I fazy porodu, a także całkowita rezygnacja z pozycji leżącej podczas II fazy

 Mimo wszystko czasem jednak dochodzi do zaklinowania się dziecka. I co wtedy?

  • Absolutnie NIE WOLNO manipulować głową dziecka, a tym bardziej za nią ciągnąć!
  • Jeśli szyjka owinięta jest pępowiną, pępowiny się nie przecina
  • NAJLEPSZĄ i PIERWSZĄ rzeczą, którą powinno się wykonać jest MANEWR GASKIN, czyli pozycja kolankowo - łokciowa, która ułatwia dziecku poród poszerzając rozwarcie. Działają też wówczas siły grawitacyjne, które ułatwiają poród i matce i dziecku.
  • Jeśli matka rodzi w pozycji leżącej z reguły stosuje się MANEWR Mc ROBERTS'A, polegający na uniesieniu ugiętych nóg matki do klatki piersiowej. Miałam wykonywany przy Hani, nie polecam, nie zdało egzaminu... (O tym dlaczego dowiecie się z poniższego filmiku...)


  •  Zmiana pozycji barku dziecka - poprzez manewry RUBINA lub ucisk nadłonowy
 manewr Rubina 180 stopni


manewr Rubina 45 stopni


ucisk nadłonowy


W zdecydowanej większości przypadków rozlokowuje się bark dziecka, co może doprowadzić do porażenia splotów nerwowych. To z kolei może skutkować trwałym kalectwem. Niestety, jak pokazuje nasz przypadek w polskich szpitalach stosuje się także CHWYT KRISTELLERA, który wygląda mniej więcej tak i jest chwytem NIEBEZPIECZNYM I ZABRONIONYM.




Na koniec krótki film o urazach poporodowych i o tym, jak o nich dochodzi. 





I teraz powiedzcie mi czy bardziej ryzykuję upierając się przy porodzie domowym, czy zgadzając się na poród w szpitalu?



Literatura:

http://midwifethinking.com/2010/12/03/shoulder-dystocia-the-real-story/
http://kamil.alpha.pl/?page_id=158
http://pl.wikipedia.org/wiki/Dystocja_barkowa
 


Grunt to dobre nastawienie!

Dobre, pozytywne nastawienie pomaga w życiu, o tym chyba każdy wie. I choć z reguły patrzę na życie realistycznie i raczej daleko mi do niepoprawnej optymistki widzącej wszędzie same plusy, to jednak dla mnie dobre nastawienie i hurra optymizm to dwie różne rzeczy.

Skoro pozytywne myślenie pomaga w życiu, to dlaczego nie miałoby pomóc podczas porodu, jest on przecież jednym z najważniejszych jego elementów? Poród rozpoczyna nowe, odrębne życia. Życia - bo rodzi się nie tylko dziecko, rodzi się też matka. Dlaczego tak piękna transformacja ma być poprzedzona strachem, lękiem czy niechęcią? 

Hipnoporód - wymysł czy wybawienie?

Kiedy na facebookowej grupie Homebirths UK zadałam pytanie o porody domowe w Anglii dostałam podpowiedź, żeby zainteresować się hypnobirthingiem czyli hipnoporodami. Pierwszą moją reakcją było głębokie rozczarowanie. Bo jak to? Ja tu poważne pytanie zadaję, a polecają mi szamańskie metody rodem z okresu rewolucji hipisowskiej. Włożyłam między bajki i zapomniałam.

W miarę pogłębiania swojej wiedzy o porodach domowych co raz częściej trafiałam na określenie hypnobirth. W końcu zaczęłam dociekać, szukać, czytać i dopytywać. Moje zdanie diametralnie zmieniło się kiedy poznałam istotę rzeczy. Teraz wiem, że to dla mnie.


Telegram...

Zaliczyliśmy ciężki weekend i drugą wizytę na EMERGENCY --- STOP
Żyjemy --- STOP
Zaszkodziła mi naturalna suplementacja w postaci alg --- STOP
Nie, nie zatrułam się, po prostu algi przestały mi służyć ---STOP
Opieka w szpitalu cudo --- STOP
Lekarz idiota (&$*#@*$#&!) --- STOP
Młodemu i mnie nic nie jest --- STOP
Poród domowy NIE przekreślony --- STOP
Dziękujemy za wszystkie gratulacje i kciuki ---STOP
Jutro ciekawy post choć o cięższym kalibrze --- STOP
Idę spać --- STOP


No i wszystko jasne!

Ostatni tydzień minął nam pod znakiem błogiego nic nierobienia, do czego przyczyniło się parę wolnych dni Ślubnego i kiepska pogoda, która pokrzyżowała nam plany. Poza tym myślami byliśmy przy czwartku i jakoś tak podświadomie działaliśmy na zwolnionych obrotach. 

Ten czwartek chodził za nami już od dawna. Praktycznie cały obecny tydzień składał się tylko z czwartku. A to dlatego, że czekało nas USG połówkowe.


Tak moi drodzy stuknął nam półmetek:) Wiele spraw się wyklarowało, niektóre nadal będą spędzały sen z powiek. Jedno jest pewne - Hania będzie miała....

Marzenie o porodzie

Marzyć można o różnych rzeczach. Marzy się o spotkaniu miłości, tej prawdziwej, aż po grób. Marzy się o cudownych zaręczynach i niezapomnianym ślubie. Marzy się o własnych czterech kątach, czterech kółkach, o ogrodzie pełnym kwiatów. Marzy się o dziecku. Rzadko jednak marzy się o porodzie. Tą myśl odsuwa się od siebie tak daleko, jak tylko można.

Obraz porodu przekazywany z pokolenia na pokolenie nie napawa optymizmem. Wręcz przeciwnie. Większość historii opowiadanych przez kobiety stawia poród na równi z najgorszymi rzeźniami rodem z horrorów. To wszystko sprawia, że kobieta jedzie do szpitala jak na ścięcie. Jak na starcie ostateczne. Niczym baranek na rzeź...To wszystko sprawia, że kobiety są tak przerażone wizją własnego porodu, że nie czytają, nie szukają informacji, nie oglądają zdjęć ani nagrań...

Ponad dwa lata temu miałam tak samo. Byłam tak zdezorientowana i przerażona, że nie byłam w stanie czytać niczego prócz krótkiego streszczenia faz porodu. Ale tym razem jest inaczej. Może dlatego, że mój poród nie był traumatyczny dla mnie. Jednak im więcej czytam, tym bardziej jestem przekonana, że był traumatyczny dla Hani, choć zdaję sobie sprawę z tego, że mogło być gorzej.

Dlatego tym razem marzę o porodzie. Wiem jak chcę by wyglądał. Chcę by był domowy. Chcę by był spokojny i niezakłócony zbędnym stresem czy interwencjami medycznymi. Wiem, że nie wszystko zależy ode mnie, ale naprawdę WIELE. Dlatego czytam, dlatego od dziś zaczynam intensywne przygotowania do porodu, choć ledwo dobijam do połowy ciąży. 

Marzę o hipnoporodzie, o tym by był to poród w wodzie i o tym, by był prawdziwie rodzinny. Tym razem tak. Bo jeśli odpowiednio się do niego przygotuję, to nic nie będzie w stanie wybić mnie z porodowego transu. Marzę o tym by przy porodzie była Hania i moja mama. Marzę o tym by mieć cudowną pamiątkę w postaci wyjątkowych zdjęć, choć to raczej pozostanie w sferze marzeń. Chyba, że wygram w totka lub znajdę kogoś kto mi te zdjęcia zrobi za dozgonną wdzięczność.

Czy poród może być piękny? Odpowiedzcie sobie sami....




Choć to nie pierwszy post o porodach, to nim właśnie chcę rozpocząć serię postów poświęconej właśnie tematyce porodów. A to dlatego, że żadna fundacja nie zmieni panującej w Polsce sytuacji dopóki nie zmieni się nastawienie i stopień świadomości kobiet. I choć nie mam tysięcy czytelników ani odsłon w ciągu dnia, to może kiedyś trafi tu kobieta, która odnajdzie coś dla siebie. Nie będą to streszczenia książek, ani artykułów - żadnego zimnego wykładania faktów. Raczej moja droga samouświadamiania, która mam nadzieję, zakończy się DOBRYM PORODEM. A na pełną foto relację z porodu Grace zapraszam Was na stronę Emily Robinson


Jeśli uważacie że posty o tej tematyce mogą się komuś przydać, dzielcie się nimi! 



Zdrowa ciąża?

Ilekroć słyszę lub czytam o ciąży tylekroć natrafiam na bezwzględne wskazanie do zmiany stylu życia na zdrowszy. I wszystko fajnie, jak się da. A jak się nie da? 
Pewnie część z osób czytających stwierdzi, że jak się chce to się da. BLA, BLA, BLA....

W tej ciąży miało być tak: 
-masa warzyw i owoców, względnie soków owocowych (z braku wyboru sklepowych niestety, ale tych co to wyciskane lub jednodniowe są), 
-zdrowe przekąski typu chrupkie pieczywo, owoce suszone, orzechy, itede, itepe...
- więcej ruchu - spacery, joga, kijki...

No piękny plan! A jak jest?

Jest nijak. Mdli mnie po wszystkich, dosłownie wszystkich warzywach i wszystkich owocach i to do tego stopnia, że mam odruch wymiotny aż wytrzeszczu oczu dostaje. Ale zwrócić nie mogę. Chodzę więc z miną strutą niemalże od rana do wieczora, albo unikam powodów mojej męczarni. 

Soki owocowe działają podobnie z tą różnicą, że na dodatek pozostawiają paskudny kwaśny posmak w ustach i często zgagę.

Woda mineralna? Po niegazowanej jest mi mdło i niedobrze. Zostawiam ją sobie na noc. W ciągu dnia ratuje mnie gazowana, ale też w małych ilościach. 

Co w takim razie jem? 

No i tu pojawia się problem. Bo jeść coś trzeba, a ja umieram dosłownie po WSZYSTKIM co zdrowe. Ale po frytkach, kotlecie, McWrapie, pizzy, chipsach, czarnej herbacie (tu bywa różnie), odrobinie Coli/ Pepsi zmieszanej z wodą czuje się NORMALNIE, albo prawie normalnie. 

I jak to dziecko ma być dobrze odżywione? I jak ja mam nie utuczyć się jak mały wieprzyk skoro ćwiczenia odpadają ze względu na krwawienie i pojawiające się po jakimkolwiek wysiłku bóle? No JAK?

Serio? Zamiast cieszyć się "stanem błogosławionym" czuję się jakbym cierpiała na niestrawność od jakichś 3 miesięcy z hakiem, a dziecko już dostało przydomek dziecka "angielskiego". 

Błagam, niech któraś napisze, że też tak miała, bo inaczej załamię się do reszty. Obalmy w końcu mit ciąży jako stanu błogosławionego, w którym kobieta pięknieje, czuje się pełna sił witalnych i absolutnie MUSI pochłaniać TONY zdrowego żarcia. Bo prawda jest taka, że mało która kobieta w ciąży czuje się rewelacyjnie, pomijając krótki okres II trymestru. 

Większość z nas w ciąży cierpi na niestrawności, bezsenność, bóle wszelkiej maści, totalne zmęczenie połączone z totalnym odmóżdżeniem i wiele innych. Większość z nas w ciąży beka bardziej donośnie i o wiele "głębiej" niż rasowy Niemiec po wypiciu hektolitrów piwa na Oktoberfest i pierdzi tak, że do wszystkich paczek z gratisami dla przyszłych mam powinni dodawać maski przeciwgazowe dla otoczenia, względnie odświeżacze powietrza. Przydałoby się jeszcze opracować urządzenie pozwalające łączyć myśli w całość, bo normą jest, że ciężarne w trakcie mówienia zapominają, co chciały powiedzieć... I następuje taka niezręczna cisza... Jak po puszczonym bąku...

I tym akcentem, mam nadzieję, choć na jakiś czas przerywam ciążowe mydło i powidło. Mam też szczerą nadzieję dokończenia jednego z projektów i pochwalenia się Wam w tym tygodniu. Będzie tutorial i wykroje;) Wyczekujcie...

Na tropie...

Dawno nie było żadnej wzmianki o życiu na wyspie, więc to dobra okazja żeby napisać Wam parę słów:) Pozostanę częściowo w temacie ciąży, bo choć stan ten sam, to podejście do ciąży i kobiety ciężarnej w UK diametralnie różni się od  podejścia w Polsce.

CIĄŻA CZY NIE?

Planowane czy też nie, dwie kreski na teście bez dwóch zdań wskazują na ciążę. W Polsce dwie kreski, póki nie potwierdzone przez LEKARZA są lekceważone. W ciąży z Hanką, zanim poszłam do gina standardowym pytaniem było "Ale lekarz potwierdził, że to ciąża?" albo "A USG potwierdziło ciążę?"... Taaaa, zwłaszcza w 3 czy 4 tygodniu....

W Anglii ciążę potwierdza się... na przykład telefonicznie. Nie wiem jak, nie pytajcie mnie, bo mnie akurat nie spotkała telefoniczna "diagnoza" ciąży, ale ponoć to norma. Poza tym, po prostu wierzą na słowo. Skoro kobieta mówi, że okres się jej spóźnia a test wykazał dwie krechy (co bardziej wypaśne testy pokazują także tydzień ciąży, na tej podstawie wiedziałam w momencie robienia testu, że jestem w 1-2 tygodniu ciąży), to znaczy, że jest w ciąży. I to wystarczy. 

LEKARZ CZY POŁOŻNA?

Uściślijmy... W Polsce ciężarnymi zajmuje się lekarz ginekolog ZE SPECJALNOŚCIĄ POŁOŻNICZĄ. Ginekolog endokrynolog, czy onkolog nie podejmie się zadania, bo nie ma uprawnień. W UK ciężarną zajmuje się POŁOŻNA, której cała wiedza skupia się na kobiecie, ciąży i dziecku. Przy wątpliwościach natury medycznej odsyła do lekarza. W moim odczuciu wychodzi na jedno. Z tą różnicą, że lekarz ma szersze uprawnienia - może np przepisywać leki. Natomiast wiedzę na temat ciąży mają taką samą (jeśli porównać położną angielską i polskiego ginekologa położnika).  Tutaj zaś położna w zakresie ciąży ma znacznie szerszą wiedzę niż lekarz. 

CIESZYSZ SIĘ CZY NIE?

Kiedy o ciąży powiedziałam znajomej od razu mnie uprzedziła, bym nie była zdziwiona, kiedy przy pierwszej wizycie zostanę zapytana o to czy cieszę się z tej ciąży i czy jej chcę. No, to był lekki szok. Bo w Polsce nie można, nie wypada się z ciąży nie cieszyć! Co to za kobieta, jaką matką będzie skoro z ciąży się nie cieszy??? Brak obsesyjnego wręcz zadowolenia ze stanu "błogosławionego" nie jest w naszym kraju mile widziany. Tutaj jest inaczej...

Kobiecie daje się prawo do bycia w szoku po zobaczeniu dwóch kresek. Kobieta może się nie cieszyć z ciąży. Może jej też nie chcieć z różnych powodów. I albo udziela się jej wsparcia albo daje prawo do usunięcia w pełnej anonimowości. Tzn o zabiegu wiedzą tylko położna i lekarz. Nie mnie to oceniać, bo życie różnie się toczy...

RATOWAĆ CZY NIE?

W Polsce zdarza się, że ciężarna na starcie, na wszelki wypadek dostaje leki na podtrzymanie ciąży. W razie najmniejszych problemów otrzymuje luteinę, duphaston, nospę, magnez. Bywa też, że leki otrzymują też kobiety ze zdrową ciążą. Ot tak, na wszelki wypadek. 

Tutaj do 12 tygodnia ciąży NIC. ZERO. Wolno tylko kwas foliowy, a przyjmowanie preparatów witaminizowanych zależy już od wyboru kobiety. Dlaczego? Anglicy wychodzą z założenia, że jeśli organizm odrzuca ciąże, to albo coś z ciążą jest nie tak, albo organizm nie jest na nią gotowy. 

Kiedy po moim krwawieniu spotkałam się z GP, wyjaśnił mi, że nie przepisze mi żadnego leku, bo dziecko jest na tyle małe, że leki mogą mu zaszkodzić. Uspokoił, że skoro krwawienie przeszło w plamienie, a następnie ustało, a bóle zmalały zamiast się nasilić, to ryzyko poronienia zmalało. Kazał odpoczywać i obserwować swoje ciało. To mi wystarczyło. 

W Polsce ratuje się każdą ciążę. Tutaj tylko te, po mniej więcej, 14 - 16 tygodniu. Można się z tym zgadzać lub nie, ale trzeba zaakceptować, bo innego wyjścia nie ma. Pierwsza poroniona ciąża traktowana jest jak przykre doświadczenie dla rodziców, ale jednak całkiem częste. Dopiero po 2 lub 3 poronieniu kobieta jest pod większym nadzorem.

USG...

W Polsce, z tego co kojarzę, NFZ zapewnia 3 badania USG - po jednym na trymestr (taki jest, a przynajmniej był wymóg by uzyskać becikowe). Jednak większość kobiet ciąże prowadzi prywatnie zapewniając sobie USG praktycznie co miesiąc. Niektórzy lekarze są do tego stopnia "przewrażliwieni" (pytanie tylko czy na punkcie ciąży pacjentek czy raczej własnego portfela), że zalecają wizyty z USG co 2 TYGODNIE od 8 miesiąca do rozwiązania. A cena takiej wizyty np 250 złotych... 

W UK kobiecie przysługują 2, czasem 3 badania USG jeśli ciąża przebiega prawidłowo. Jeśli nie, badań jest więcej. Podobnie w przypadku wcześniejszych poronień lub problemów z poprzednimi ciążami. Ja już wiem, że będę miała więcej badań ze względu na skracającą się szyjkę w pierwszej ciąży. 


SZCZEPIĆ? NIE SZCZEPIĆ?

W Polsce KATEGORYCZNIE odradza się szczepienia w czasie ciąży, poza paroma wyjątkami jak szczepienia na różyczkę, kiedy kobieta wcześniej nie chorowała lub nie była szczepiona. W niektórych przypadkach konieczne jest też szczepienie przeciwko tężcowi - w przypadku ciężkich skaleczeń czy wypadków. Generalnie, jeśli nie ma potrzeby nie szczepi się. 

W UK, niestety, ZALECA się szczepienia na krztusiec i grypę... Wmawia się kobietom, że to jest jedyne zabezpieczenie dla noworodków, by nie zachorowały lub też zmarły w pierwszych 3 miesiącach z powodu krztuśca... No więc to jest coś, czego kompletnie nie rozumiem. Bo z jednej strony nie przepisuje się leków, bo mogą zaszkodzić, a z drugiej robi pranie mózgu kobietom, tylko po to by nabić kabzę koncernom szczepionkowym. A nieświadome kobiety, straszone wizją utraty ledwo narodzonego dziecka szczepią się, bo wierzą, że to ochroni dziecko po narodzinach... Tymczasem okazuje się, że cała nagonka na epidemię krztuśca w UK została sztucznie napędzona...


Różnic jest tak wiele, że nie sposób wszystkich wymienić. Ciężko mi powiedzieć, który system jest lepszy, bo każdy ma swoje wady i zalety. Jak zwykle - nie ma rzeczy idealnych. Ale podoba mi się podejście Anglików do ciąży jak do stanu zupełnie naturalnego i fizjologicznego. Wiele zależy od tego na kogo się trafi, ale zawsze jest możliwość zmiany i lekarza i położnej. Jest też możliwość korzystania z usług polskich ginekologów. Choć z reguły wiąże się to z wielkimi kosztami, a czasem i z comiesięcznymi podróżami po kilkadziesiąt lub kilkaset (!!!) kilometrów...


A Wy co sądzicie o angielskim postrzeganiu ciąży?

Telenoweli ciąg dalszy

Kolejna nieplanowana przerwa blogowa spowodowana była nagłym wyjazdem do Polski. Wyjazd co prawda był planowany, ale z wiadomych względów odłożony. Jednak po badaniu okazało się, że wszystko jest w porządku, maleństwo bezpieczne i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jednak polecieć. Chciałabym widzieć minę mojej mamy kiedy mówiłam jej przez telefon, że wieczorem czeka ich wyprawa do Wrocławia bo przylatujemy...

Doprawdy, tak prędko jeszcze nigdy się nie pakowaliśmy. Ok 12 podjęliśmy decyzję i przebookowaliśmy bilety, walizki puste,a dom trzeba było opuścić o 16. Zdążyłam jedynie wrzucić krótką notkę na fejsbukowy profil. 

A w Polsce? Potrzebowałam chwili by odpocząć. Spędzić czas z bliskimi, co i tak utrudniło mi paskudne samopoczucie. Potem nie miałam dostępu do internetu... Teraz znów jesteśmy u siebie i choć nie było łatwo wyjeżdżać to cieszę się. Bo nie ma jak u siebie:) Nikt mi dziecka od marud nie wyzywa i od beks, nikt mojemu dziecku świństw nie wciska i nikt nie próbuje przekonać mojego dziecka, że czas najwyższy przekłuć uszy... 

Zatem po kolejnych dwóch tygodniach milczenia telenowela została wznowiona. Hanka urosła, mój brzuch też, Maluch rozwija się prawidło (w piątek stuknie 15 tydzień) i tylko jedno się nie zmienia. Moje samopoczucie... Dalej mogłabym przesypiać całe dnie, dalej mdli mnie po wszystkim, nawet po wodzie mineralnej...I tylko jedna myśl, trzyma mnie przy życiu - we wrześniu wszystko minie... We wrześniu...











Szkoda, że nie miałam przy sobie aparatu w szpitalu, zobaczylibyście Hanię tulącą zdjęcia Maluszka:)








177 dni w wielkim uproszczeniu... Tymczasem w naszej rodzinie pojawił się nowy członek:)

Ladies and Gents may I present you... Panie i Panowie... Oto Nela:)







Dziś tylko krótka prezentacja, ale o Neli jeszcze Wam napiszę. Na razie oswaja się z nowym miejscem;) Przed nami zatem nie tylko kończenie pokoju Hani i urządzanie kącika dla Maluszka, ale także dla Neli. Ostatnio dni mijają mi na wygrzebywaniu w sieci rzeczy niezbędnych i poszerzaniu listy zakupów. Chyba w końcu tak na dobre oswoiłam się z myślą, że nasza rodzina to już praktycznie 2+2. A w zasadzie 2+2+2+1 jeśli uwzględnić Nelę i koty;)



No to do poczytania:)

Żyjemy!

Wypadałoby zacząć od przepraszam...
Zatem przepraszam za milczenie, za to, że przysporzyłam niektórym zmartwień swoim zniknięciem i jednocześnie dziękuję za słowa wsparcia i zainteresowanie. Miło dostawać od Was wiadomości o tym, że czekacie, że jesteście. Nawet gdy mnie nie ma. Dziękuję:* 

Ta ciąża mnie nie rozpieszcza. W zasadzie jedynym momentem w którym dobrze się czuję, jest moment snu... Jak już uda mi się zasnąć. Ale, ale:) Nie wróciłam, żeby narzekać (choć ostatnio na nic innego nie starcza mi sił...). Każdą chwilę, która pozwala mi funkcjonować w miarę normalnie staram się spędzać na korzystaniu z pięknej wiosennej pogody, która ostatnio nas rozpieszcza. Powietrze pachnie pięknie, parki zaczynają tętnić życiem i kolorem, wracają chęci do działania (w porywach, ale wracają;) )...

Przed nami pierwszy skan, na który czekamy z niecierpliwością, a potem ponad 2 tygodnie wśród bliskich w Polsce. Mimo tego, że dostęp do internetu będę miała ograniczony ( i czas z resztą też) to postaram się pisać:)

A tymczasem zostawiam Was z naszymi wiosennymi widokami:)




Po raz kolejny zakochałam się w naszym parku. Ostatnie mocne deszcze wypełniły puste koryta nadając nowe oblicze znanym ścieżkom. 
Starsi mieszkańcy miasta wspominają, że kiedyś park właśnie tak wyglądał...


















Tabliczki na ławkach niezmiennie mnie rozczulają...




Jak widać nawet papugi poczuły wiosnę;D






Cudownego dnia Kochani!
My ruszamy dalej szukać wiosny:)


Kobieta w ciąży jest jak...

Ponoć jestem w stanie błogosławionym i nie wypada mi narzekać na samopoczucie. Bo to przecież stan błogosławiony... Zamiast wspomnianego błogosławieństwa czuję się jakbym to ja miała zaraz wszystko pobłogosławić...pawiem:/

No to dziś na wesoło. Zastanawialiście się kiedyś z kim lub czym kojarzyć się może kobieta w ciąży? Albo jak może się czuć? Nie? No to macie poniżej kilka moich propozycji...




Kobieta w ciąży = WULKAN. Bez kija nie podchodź i nie wnerwiaj niepotrzebnie. Najlepiej też usuń z domu wszelkie niebezpieczne przedmioty. Wywal sztućce (widelec w dłoni potrafi być bolesny), plastikowa rama w oknie nie wystarczy, szybę także wymień na plastik. Najlepiej zainwestuj w kaftan bezpieczeństwa. Dla ciężarnej oczywiście...




Kobieta w ciąży = wierzba płacząca. Nic dodać, nic ująć. Jak nie rzuca mięsem (dosłownie i w przenośni) to ryczy. Bo bobo w reklamie, bo czytała o rozróżnianiu kupek, bo reklama pieluszek, bo poród jest piękny (albo i nie), bo bobasy są takie kochane (albo i nie). Generalnie sama nie wie dlaczego ryczy. 





Kobieta w ciąży = zębowa wróżka z HellBoy'a (Złota Armia). Kto widział ten wie dlaczego. Kto nie widział niech obejrzy;) Pochłonie wszystko i niemalże w każdej ilości (o ile nie zwraca na sam widok jedzenia). 






Kobieta w ciąży = wieloryb. No tego chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć... Noszenie małego stworka pod sercem i zachowania charakterystyczne dla wyżej opisanego gatunku robią swoje...




Kobieta w ciąży = niedźwiedź. Zwłaszcza w I trymestrze i zwłaszcza jak śpiący niedźwiedź. 




Kobieta w ciąży = słoń. Pod względem gabarytów jak i gracji. Zwłaszcza pod koniec III trymestru ciąży. Słoń w składzie porcelany to bardzo trafne określenie kobiety tuż przed rozwiązaniem.

***

Jeśli któraś z "ciężarówek" czuje się inaczej, to gratuluję i zazdroszczę. Ja póki co, codziennie mam fazę wulkanu łączonego z płaczącą wierzbą a to wszystko przeplatane z fazami zębowej wróżki, śpiącego niedźwiedzia i słonia, choć gabarytami jeszcze go nie przypominam. Pocieszające jest to, że do fazy wieloryba trochę mi jeszcze brakuje...




Poród domowy - ryzyko?

Kiedy napisałam, że rozważam poród domowy <KLIK> w komentarzach pod postem rozbrzmiała ciekawa dyskusja. Dlatego też stwierdziłam, że przybliżę Wam nieco temat porodów rodzinnych. Przynajmniej tej części z Was, która nigdy się nimi nie interesowała. Wśród komentarzy pojawiły się zdania, że to ryzyko. Nie mam zamiaru nikogo tym postem przekonywać do porodów domowych, chcę jedynie byście zrozumieli, że nie ryzykuję podejmując taką decyzję.


Porody domowe w Polsce


W Polsce porody domowe to rzadkość. Żeby nie powiedzieć - wymysł. W krajach lepiej rozwiniętych procent porodów domowych jest wyższy, sięga nawet do 40% (w Holandii). Dane GUS [1] na rok 2012 podają, że w Polsce na 388376 porodów 387573 odbyło się w szpitalu. Z rachunku wynika, że 803 porody odbyły się w miejscu innym niż szpital, z czego 406 z fachową pomocą. Biorąc pod uwagę, brak konkretnych dany na temat tego, ile z tych porodów było planowanych jako domowe, a ile jest wynikiem przypadku, ciężko określić jak faktycznie wygląda rozłożenie procentowe dla porodów domowych. Porównując jednak podane liczby, można stwierdzić, że kiepsko.


Dla kogo poród domowy?


W teorii dla każdej kobiety, która tego chce - w Polsce poród domowy nie jest nielegalny, ale w praktyce MUSZĄ zostać spełnione pewne kryteria (niezależnie od państwa):

- ciąża musi być fizjologiczna, tzn. przebiega bez komplikacji (np. cholestaza)
- kobieta jest zdrowa - należy wykluczyć cukrzycę, nadciśnienie, choroby przewlekłe, leczenie niepłodności, zakażenia bakteryjne, infekcje dróg moczowych w III trymestrze, choroby psychiczne, uzależnienia, HCV, HIV, czynna toksoplazmoza, cytomegalia oraz wiele innych.
- prawidłowe ułożenie łożyska
- główkowe ułożenie dziecka
- dziecko jest zdrowe
- wiele innych
- kolejna ciąża (pierworódki mają mniejsze szanse na poród domowy)

O bezwzględnych przeciwwskazaniach możecie posłuchać tutaj <KLIK>


Dlaczego poród domowy?


Według badań porody domowe są równie bezpieczne co porody szpitalne. Innymi słowy - tak jak w domu, tak i w szpitalu żaden lekarz, ani położna NIE SĄ W STANIE ZAGWARANTOWAĆ stuprocentowego powodzenia. Z tą różnicą, że ryzyko wystąpienia nieprawidłowości podczas porodu domowego są NIŻSZE niż w przypadku porodu w szpitalu [2]. 

Poza tym poród domowy daje kobiecie pełen wybór co do miejsca i pozycji porodu. Jeśli wybrana położna jest przeszkolona w zakresie porodów w wodzie, można poród domowy odbyć w basenie. 

Poród domowy daje intymność, relaks, spokój i koncentrację o jaką trudno w napiętej atmosferze szpitalnej, zwłaszcza, gdy personel jest niemiły.

Zarówno dziecko jak i matka nie są narażone na szpitalne patogeny.

Akcja porodowa nie jest niczym zakłócana, zatem nie trzeba jej pośpieszać.

Kobieta ma pełen wybór co do podejmowanych zabiegów.

Kontakt z zaufaną położną ułatwia sam przebieg porodu ze względu na obopólne zaufanie.

Osoba towarzysząca - najczęściej ojciec - może (o ile chce) w pełni brać udział w porodzie, co daje większe poczucie sprawstwa i bycia potrzebnym.

Kobieta ma możliwość wsłuchania się w siebie, co daje możliwość świadomego przeżycia porodu zgodnie z naturą. 

Kobieta nie jest katowana zbędnymi pytaniami w czasie porodu - formalności uzupełnia się po porodzie.

Dziecko rodzi się w przyjaznej atmosferze, bez krzyków, rażącego światła, pośpieszania, nieprzyjemnego dotyku po porodzie, czy natychmiastowych badań. 

Kontakt skóra do skóry jest zapewniony na dłużej niż dwie godziny. Zdarza się, że nie wszystkie szpitale respektują to prawo. 

Powrót kobiety do sił po porodzie jest znacznie szybszy niż w przypadku porodu w szpitalu. 

Porody domowe nie podnoszą ryzyka związanego z okołoporodowymi powikłaniami ani śmiercią matki i dziecka.


A co jeśli?


Przy planowaniu porodu rodzinnego TRZEBA liczyć się z tym, że konieczny będzie transfer do szpitala. W Anglii to kobieta decyduje o tym, czy podejmuje się urodzenia w domu za wszelką siłę. Ma prawo odmówić transferu do szpitala, jeśli np. uważa, że propozycja transferu nie zależy od faktycznego zagrożenia a jedynie od wygody położnej.

Zawsze COŚ może pójść nie tak. Od tego jest położna, czasem dwie, czasem i doula by ocenić na ile poważna jest sytuacja. Położne widzą poród "od drugiej strony", wiedzą zatem czy przebiega prawidłowo, czy też nie i czy konieczny jest transfer do szpitala. 

Jednym z przypadków, w którym bezzwłocznie należy udać się do szpitala jest obecność smółki w wodach płodowych. Zdarzają się przypadki trudnych porodów domowych, gdzie dziecko rodzi się z owiniętą wokół szyi pępowiną. Położna jest w stanie zaradzić takiej sytuacji. Poza tym MUSI być wyposażona m.in. w podstawowy sprzęt do ratowania życia, urządzenie do wykrywania tętna dziecka, kroplówki, nici czy oksytocynę. 

***

Nie wiem czy zakwalifikuję się do porodu domowego, jestem dopiero na początku drogi. Ale wiem, że nie ryzykuję podejmując taką decyzję. Za ryzyko uważam poród bez fachowego wsparcia, bo wówczas ciężko ocenić sytuację. Moje stanowisko może jednak wynikać z niewystarczającej wiedzy na temat porodów bez asysty. Nie mniej jednak, ta droga nie jest dla mnie. Jeśli zaś ktoś z Was jest zainteresowany niezwykłymi historiami z porodów rodzinnych, to zachęcam do lektury bloga RODZIMY W DOMU :)




Źródła:

GUS - Rocznik demograficzny 
Home Birth Reference Site
nursing.com
Rodzić Po Ludzku
nhs.uk
http://www.rodzinna.co/porod-domowy


P.S.
Z publikacją tego posta czekałam do pierwszej wizyty u położnej. Mam jej pełne poparcie w kwestii porodu w domu, a ja jestem spokojniejsza, bo skoro stwierdziła, że lubią (ona i druga położna) porody domowe, to mają doświadczenie. Nie mniej jednak o wszystkim zadecyduje dalszy przebieg ciąży:)










Tym razem...

Pierwszą ciążą się cieszyłam. Była planowana i wówczas uważałam, że całkiem świadoma. Teraz dopiero, gdy jestem w drugiej ciąży widzę, że wtedy z Hanią, świadome było tylko poczęcie. Dopiero teraz przy drugiej ciąży mam świadomość tego, co mnie czeka i świadomość wyborów jakie będę musiała podjąć przed i po narodzinach drugiego dziecka.

I to jest piękne:)

Na dzień dzisiejszy, choć swoją wiedzę na ten temat dopiero buduję, wiem, że chcę urodzić w domu. I choć zdanie mogę jeszcze zmienić tysiąc razy, to na chwilę obecną poród domowy to coś, co naprawa mnie spokojem i entuzjazmem.

Wiem też, że decyzję o szczepieniach odłożę na później. Nie pozwolę drugiego dziecka zaszczepić w pierwszych dobach po porodzie. Potem zaszczepię tylko na to, co uważam za słuszne. Nawet jeśli w perspektywie czasu ma to oznaczać utrudniony dostęp do żłobka czy przedszkola.

Mam zamiar utrzymać laktację do momentu narodzin drugiego dziecka. Nie wiem czy mi się to uda, w pierwszej ciąży miałam problem ze skracającą się szyjką macicy, a ta skracała się bezobjawowo...Nie znaczy to, że w tej będzie tak samo...

Dalej będziemy używać tylko naturalnych kosmetyków, lub tych o naprawdę dobrym składzie. Dalej mam zamiar nosić w chuście, może tym razem więcej kangurować. Znów wrócą wielorazówki, choć Hania teraz jedzie na jednorazówkach (to długa historia). Znów do kąpieli maluszka będę dodawała swoje mleko i znów mleko będzie pierwszym lekiem na ewentualne odparzenia. Znów mam zamiar stosować masaż Shantala.

Tym razem też nie dam sobie wmówić kitów, że mam robić jak mi ktoś każe, że ciemieniucha bierze się z nieprawidłowej pielęgnacji, że trzeba przepajać dziecko od początku. Tym razem nie dam sobie wmówić, że po ukończeniu 4 miesiąca muszę podać kaszkę (chyba jedyna rzecz, której uległam i czego żałuję). Tym razem nie zacznę  rozszerzania diety od słoika.

Jest jedna rzecz, co do której mam wątpliwości. Wspólne spanie...

Uważam, że to coś pięknego i choć z jednej strony nie chciałabym pozbawiać maluszka tej bliskości, to z drugiej spanie w 6 na łóżku nawet King Size, będzie męczące. Czemu w 6? Bo nie sądzę, żeby Hania nagle zrezygnowała z nocnych wypraw do naszego łóżka, choć staramy się przyzwyczajać ją do własnego. 2 dorosłe osoby, jedna niespełna trzylatka, jedno niemowlę i dwa koty, które zrzucone z łóżka wracają jak bumerang to trochę za dużo:)

Taki jest plan, a jak będzie? Czas pokaże:)

A tymczasem u nas...

Tydzień temu w niedzielę świętowaliśmy urodziny Hani i choć za przygotowania wzięłam się w ostatniej chwili to jakoś to się wszystko udało. Głównie dzięki Ślubnemu, który ogarnął część kulinarną. Ja byłam w stanie posprzątać mieszkanie, zrobić urodzinowe girlanda i pierwszy w życiu tort. Dopadła mnie kompletna niemoc więc impreza była skromna. I niestety nie obyła się bez incydentów... Bo się Hance kontuzja ręki chwilowo odnowiła dosłownie na 5 minut przed imprezą. Gości zatem witałam roztrzęsiona i zapłakana ( bo już widziałam rozświetlony napis EMERGENCY).

Jak się potem okazało z ręką było nawet bardziej niż O.K.




Co nas czeka w 2014?

Kilka dni temu po przeczytaniu radosnej nowiny, którą podzieliła się Olga, uśmiechnęłam się życzliwie pod nosem. Bo choć Olgi nie znam osobiście, to jej bloga śledzę praktycznie od początku mojej przygody z blogowaniem. Mocno im kibicuję i wierzę, że ten rok będzie dla nich wyjątkowy.

Ale nie tylko dla nich:)


AddThis