Dlaczego w moim domu nie pachnie Domestosem

Ani innym Bleechem, chlorem ( pomijając wodę w sezonie zimowym, bo nie wiedzieć czemu chlorują) czy inną  "ciężką" chemią?

Lata temu za czasów Au Pair dorabiałam sprzątając angielskie domy, z racji za stałego syfu głównie właśnie wyżej wymienionymi produktami. Nie raz zdarzyło mi się wracać na chemicznym haju, a oczy nos i gardło piekły jak gdybym to świństwo dosłownie piła...



Był taki okres, że w domu jedynymi środkami czyszczącymi był proszek do prania, płyn do mycia naczyń, jakiś lekki płyn do toalety, mleczko do wanny i kwiatowy płyn do podłóg. To i tak dużo.

Czy można mieć czysty dom bez chemi? Większość z Was z pewnością odpowie, że nie, są też zapewne tacy, którzy twierdzą, że można. A ja? Teraz kiedy wynajmujemy dom w Anglii twierdzę, że NIE. No za cholerę się nie da. ALE można już ten czysty dom mieć przy niewielkim jej zużyciu. Dlatego w moim domu nadal nie pachnie tytułowym Domestosem ani jemu podobnymi.

Ale jest też inny powód... Nie przekonują mnie reklamy i zapewnienia producentów, że dzięki ich środkom moje dziecko będzie bezpieczne. Mimo mojej naprawdę niewielkiej wiedzy na temat funkcjonowania koncernów, nie daję sobie wmówić, że to wszystko dla dobra i zdrowia mojego, mojego męża, dziecka czy kota. Nie przekonują mnie akcje budowania kibli ( za przeproszeniem) dla dzieci w Afryce i nie przekonuje mnie straszenie komicznymi bakteriami w spotach reklamowych. A dlaczego?

Bo jedynym dobrem jakie każdy koncern ma na uwadze, jest dobro koncernu. A to równa się ZYSK, ZYSK i jeszcze raz ZYSK. Dla koncernu rzecz jasna.

Może i Domestos z UNICEFem te kibelki na klepowiskach postawią. Akcja zakończy się sukcesem, wszyscy poklepią się po plecach i tyle. Tylko czy ktoś uświadomi te biedne afrykańskie dzieci, że kibelki trzeba myć ( a ręce przede wszystkim), a Domestos ( bo jeśli już jakiś środek chemiczny będzie używany, to przecież nie żaden inny) jest silnie trujący? Z resztą, o czym my mówimy... Kogo tam będzie stać na Domestosa (bo rozumiem, że akcja dotyczy nie obszarów miejskich i tych bogatszych, a raczej wiosek)?!?

W Afryce problemem nie jest brak kibelków, a dostęp do bierzącej wody, niska świadomość odnośnie higieny i biały człowiek, który robi medialne akcje po to, by podbić sobie notowania na rynku i zarobić trochę grosza. Wystarczy choćby wspomnieć akcję Nestle z lat 70, w ramach której m.in. pod afrykańskie strzechy trafiło mleko modyfikowane tegoż koncernu ( więcej info TUTAJ). Cała akcja przyczyniła się do śmierci wielu niemowląt, a koncern obrósł w siłę. 

Najgorsze jest to, że prawie cały "cywilizowany" świat kupuje bajki jakimi karmią nas koncerny. Przerażające dane statystyczne o zgonach małych dzieci chwytają za serce głównie kobiety. A kto jest odpowiedzialny za utrzymanie czystości w większości domów i wybór środków czyszczących? Największą zaś z tych bajek jest ta, o dobroduszności koncernów chcących zbawiać świat za pomocą swoich produktów. 

Wiem, że nie jestem w stanie całkowicie uniknąć przykładania ręki do pasienia koncernów moją kasą, ale tam gdzie mogę mówię stanowcze NIE. I jak widać moje dziecko nie umarło od braku sterylnego kibelka. Wręcz przeciwnie - ma się dobrze. 

A jaką chemię znajdziecie u mnie w domu?
Proszek do prania - ponoć bardziej przyjazny środowisku bo NON BIO
Płyn do płukania ( nie da rady przy angielskiej wilgotności nie stosować czegoś co nada ładny zapach ubraniom)
Płyn do naczyń - często ekologiczny choć z marketu
Płyn do WC - tylko ekologiczny, również z marketu
Krążki do WC, niestety nie ekologiczne
Płyn do mycia okien - bo niestety w ciąży myć nie mogę a Ślubny nie zdzierży octu, więc na okres ciąży robię wyjątek
Płyn na grzyby - to zdecydowanie najsilniejsza chemia jaką mamy. Bez tego się nie da....
Płyn do podłóg - zakupiony rok temu przez Ślubnego, stoi nieużywany, bo mam inne sposoby na podłogi
Odświeżacz i spray do wykładziny - na wykończeniu, przypominał mi się bowiem patent Matki Kwiatka
Trochę w kosmetykach, choć te wybieram rozważanie jeśli nie są naturalne.
I pewnie cała masa chemii w lodówce, choć staram się unikać jak mogę...


Czy "mój" dom wygląda tak, jak bym chciała? Nie. Bo gdyby był prawdziwie mój wyglądałby tak, że mogłabym z powodzeniem ograniczyć się do proszku do prania, płynu do naczyń, płynu do WC, octu, soli, sody i olejków eterycznych...


No, ale kiedyś...

6 komentarzy:

  1. Ja też nie używam płynu do podłóg, a domestosa co prawda mam, ale kupuję jednego rocznie. Więcej grzechów nie pamiętam. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeden rocznie, to i tak niezły wynik:)

      Usuń
  2. To ja sie przyznam ze pod tym względem jestem straszna u mnie bleach leje sie litrami i jak nie wali domestosem znaczy ze brudne jestem pod tym względem straszna używałam w ciazy tych eko ale szczerze powiem ze nic nie dawały moze dlatego ze mieszkam w bardzo starej angielskiej kamienicy i mam wrażenie ze brud poprostu wychodzi ze wszad ale zeby troszkę sie usprawiedliwić przestałam używać vaiacalu wiec jest juz progres a do prania używam tylko płynu non bio generalnie cała reszta jest eko tylko ten domestos mi został ale powoli sie wylecze i z tego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś miałam podobnie. Na tyle, na ile znam angielskie kamiennice, to rozumiem Twój dylemat. Spróbuj może na jakiś czas odstawić i wypróbować inne sposoby. Może się przekonasz? :)

      Usuń
  3. A jakie masz sposoby na podłogi?:) Może napiszesz takiego posta? Mile widziane sposoby na panele i płytki:)

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz nie będący obelgą dla mnie i moich czytelników jest mile widziany. Zostaw po sobie dobre wspomnienie:)

Dziękuję:)

AddThis